niedziela, 10 sierpnia 2014

V

Soundtrack

„Zawsze znajdzie się ktoś, kto naprawdę chce byś upadł.”

Następnego ranka wstaję wcześniej i zamiatam swoje obcięte włosy do worka i wkładam go do mojej szuflady. Lottie nadal śpi, a ja biorę ciuchy i wymykam się do łazienki. Wściekłość, smutek, poczucie beznadziejności – wszystko już mi przeszło. Właśnie w tym momencie obiecuję sobie, że nigdy więcej nie będę płakać ani się nad sobą użalać. Coś takiego przytrafiło mi się po raz pierwszy w życiu i nie chcę, by się powtórzyło. Muszę być silna, chociaż właściwie nie mam powodu do słabości.
Wchodzę do łazienki i jestem szczęśliwa, że nikogo nie ma w środku. Jest jakaś szósta nad ranem i większość adeptów nadal śpi. Od razu idę pod prysznic, a potem ubieram się i załatwiam potrzeby fizjologiczne. Nareszcie mam okazję zobaczyć, jak teraz wyglądam, więc  podchodzę do lustra i reaguję na to zupełnie obojętnie. Jaśniutkie kosmyki okalają moją bladą twarz, a na niej patrzą na mnie czarno-złote oczy, pod którymi da się zauważyć cienie, bo naprawdę się nie wyspałam. Pocieram je pięściami i ziewam, a następnie wychodzę z łazienki i wracam do sypialni. Moja współlokatorka nadal śpi. Śniadanie rozpoczyna się o siódmej, więc jeszcze mam godzinę wytchnienia. W żołądku czuję nieprzyjemny skurcz i zdaję sobie sprawę, że wolałabym już zostać w tym pokoju cały dzień.
***
Gdy Lottie się budzi, od razu idzie do łazienki i mówi, że mogę iść na śniadanie bez niej. Jakoś nie mam na to ochoty, ale zaczynam robić się głodna, a to stawiam na pierwszym miejscu.
Wychodzę na korytarz i razem z tłumem idę do stołówki. Prawie wszyscy wspominają o zeszłej nocy, przez co mam ochotę zatkać sobie uszy. Nie podoba mi się też perspektywa, że będę musiała zjeść w samotności.
W końcu docieram do stołówki i kieruję się do szwedzkiego stołu, gdy nagle zatrzymuje mnie czyjś głos:
– Widzę, że ścięłaś włosy, cipo. I zmazałaś z czoła swoją podobiznę.
Odwracam się gwałtownie i przy jednym ze stołów zauważam blondyna z pociągu. Patrzy na mnie i uśmiecha się szyderczo. Ktoś obok niego parska śmiechem. Jest  to przysadzisty, opalony chłopak z jasnobrązowymi włosami postawionymi na jeża i piegowatą twarzą. Koło niego siedzą jeszcze Aria, ten bliznowaty, wysoki adept z czarnymi kosmykami związanymi w kucyk, kocimi oczami i orlim nosem oraz dziewczyna z ciemno rudymi lokami i odstającymi uszami. Do tego na dostawianym krześle siedzi brunet z kędzierzawą czupryną i zawadiackim uśmieszkiem. Jest krzywo ogolony.
Orientuję się, że to ten blondyn pociągnął mnie za włosy i tak nazwał.
– To ty! – wypalam.
– Nie jestem pewien czy przechodziłem z tobą na ty – stwierdza, a reszta wybucha śmiechem.
– Nie jestem pewna, czy przechodziłam z tobą na narządy płciowe – odpowiadam.
– Nie dość, że cipa, to jeszcze wyszczekana.
– Czego ty właściwie ode mnie chcesz?
– Skocz z muru, cipo.
– Spierdalaj.
– Hej, a czy cipy używają tamponów? A może zamiast tego wsadzasz sobie naboje?
Moja twarz robi się czerwona, a ręce zaczynają drżeć.
– Powiedziałam: SPIERDALAJ.
– Zadałem ci uprzejme pytanie.
– A ja ci zaraz uprzejmie przyjebię w twarz.
– Już się ciebie boje. Co mi zrobisz? Znokautujesz mnie swoimi nabojami z dupy?
Biorę leżący z brzegu stołu widelec i pod wpływem złości rzucam w niego. Ale chybiam, bo blondyn się uchyla. Wybucha śmiechem.
– Ktoś tu chyba ma PMS.
– Widzę, że jesteś w tej kwestii sporym znawcą.
– Och, ty też jesteś znawczynią. W końcu sama jesteś cipą.
– Możesz łaskawie przestać tak na mnie mówić?
– Możesz łaskawie zasłonić czymś twarz, bo nie mam ochoty na nią patrzeć?
– Wzajemnie.
– Cipa próbuje ripostować! Brawo za odwagę – odzywa się chłopak z włosami na jeża.
– Próbuję też obejść się bez rękoczynów, ale tu najwyraźniej się nie da – warczę i podwijam rękawy bluzy.
Blondyn wybucha jeszcze głośniejszym tonem, wtórują mu towarzysze.
– Chcesz się bić? – pyta, wstając.
Od razu uderza mnie to, jaki jest wysoki. Czuję, że włosy jeżą mi się na karku i mam ochotę się wycofać. Jednak tego nie robię i patrzę hardo w jego oczy.
– Chcę.
– To masz problem. – Chłopak opada leniwie z powrotem na krzesło.
– Boisz się? – pytam, jednak mój głos brzmi nieco niepewnie.
– Nie jesteś na moim poziomie, cipo.
– Tylko na o wiele wyższym.
– Och, z pewnością. A ja chętnie zepchnę cię z tego poziomu i będę patrzył jak rozkwaszasz się o beton.
– Jedyne, co zaraz będzie rozkwaszać się o beton, to twoja niewyparzona morda.
– Jebana cipa – śmieje się, a jego wzrok na chwilę umyka w bok, na kogoś za mną.
– Wystarczy – odzywa się Lottie, podchodząc bliżej.
– To on zaczął – skarżę się.
Dziewczyna mruży oczy.
– Co to ma być?
– Ja… – urywam. – Ja nic nie zrobiłam.
– W takim razie co oni ci zrobili? – zadaje kolejne pytanie, przenosząc chłodny wzrok na siedzące towarzystwo.
– Nieważne – rzucam gniewnie.
– Jared, chyba ty musisz się wytłumaczyć – stwierdza ironicznie rudowłosa, posyłając blondynowi znaczące spojrzenie.
Chłopak odwraca wzrok z powrotem w stronę Charlotte.
– Cipa napatoczyła się podczas posiłku – mówi w końcu. Uśmiecha się krzywo. – Poza tym, to nie ja jestem twórcą jej portretu, tylko ona. – Gestem ręki wskazuje na Arię. Dziewczyna prycha i łapie dłoń tego z blizną, jakby to miało ją pocieszyć.
Mój wzrok wędruje do ich złączonych dłoni i zauważam, że na tej jego jest mała rana powstała zapewne w wyniku... ugryzienia. Otwieram szerzej oczy. Ale zaraz potem znowu przerzucam spojrzenie na Jareda.
– Ale ty bezpodstawnie mnie obrażasz – mówię siląc się na spokojny ton.
– Przeczysz posiadania waginy?
– Nie?
– A więc to nie jest bezpodstawne, cipo.
– Pieprz się.
– Powiedziałbym to samo, ale nikt nie chce ci włożyć.
– Dosyć! – Lottie zakłada ręce na piersiach.
– Odszczekaj to – mówię do Jareda, ignorując współlokatorkę.
– I co teraz zrobisz, przyjacielu? – Rudowłosa odgarnia włosy na bok.
– Morda – mruczy na nią Jared. – I nie, nie odszczekam tego, bo to prawda. Chyba, że Jesse byłby chętny, wczoraj nie miał nic przeciwko.
Na twarzy chłopaka z blizną pojawia się delikatny, ale lekko kpiący uśmiech. Jednak się nie odzywa.
– Och, to ona cię ugryzła? – Chłopak siedzący na dostawianym krześle wyrywa się z zadumy i w skupieniu drapie swój nos.
Rumienię się na twarzy. Jesse wzrusza ramionami.
– To ona – powtarza tamten, lustrując mnie spojrzeniem.
– A nawet jeśli, to co z tego?
– Nie rzucaj się, stwierdzam fakt – odpowiada. – To ty miałaś pocałować tego małego, prawda?
– A nawet jeśli, to co?
– Miałem zamiar cię zapytać jeszcze w nocy. Dlaczego nie wybrałaś Jesse’ego? – pyta ze zdumieniem.
– Bo nie mam zamiaru nikogo całować?
– O czym wy mówicie? – odzywa się chłodno Aria.
– O niczym – mówię lodowatym tonem.
– Całowałeś kogoś? – Gwałtownie odwraca się w stronę chłopaka z blizną.
Wzrusza ramionami.
– Może jedną osobę. Szczerze to było ciemno i nie pamiętam.
Aria otwiera szerzej oczy i puszcza jego rękę.
– Ją? – Wskazuje na mnie oskarżycielsko.
– Nie chciała – mówi, a jego rozbawione spojrzenie jest skierowane na mnie.
– Tą drugą? – Przewierca spojrzeniem Lottie.
Jesse unosi brew.
– Nie.
– Jesse, ogarnij swoją stalkerkę – nakazuje nieśpiesznie Jared.
Chłopak wywraca oczami i rzuca Arii znaczące spojrzenie. Obrażona dziewczyna zakłada ręce na piersi i unosi dumnie brodę. W tej chwili przyjęła pozę tą samą, co Lottie.
– Idź sobie – zwraca się do mnie Jared.
– Bo co?
– Bo już z tobą skończyłem, cipo.
– Nie wydaje mi się. Będę tu stać, dopóki tego wszystkiego nie odszczekasz.
– Obrzydzasz mi jedzenie.
– A ty mi życie. To chyba gorzej.
– Przestańcie – włącza się Lottie. – Zostaw ją w spokoju!
Milknę. Jared także, ale tylko na chwilę.
– Dlaczego... – zaczyna i nie dokańcza.
– Hm?
– Może ją przeprosisz? – Lottie unosi do góry brew i patrzy na niego wyczekująco.
Obdarzam go takim samym spojrzeniem.
– Nie przeproszę jej. Jest cipą – mówi gniewnie, a w wyrazie jego twarzy można dostrzec konsternację.
– Świetnie. – Dziewczyna odrzuca do tyłu włosy. – Bardzo dobrze. Kaya, chodźmy stąd. – Łapie mnie za ramię i odciąga do tyłu.
Wzruszam ramionami i odchodzę z nią.
– Nie słuchaj ich – radzi mi. – To idioci.
– Czy ja wyglądam jakbym była tym w najmniejszym stopniu przejęta? – pytam odrobinę ostrym tonem.
Zatrzymuje się.
– Tak – odpowiada.
Biorę głęboki oddech.
– Nie przejmuj się. Jak będziesz ich ignorować, to im przejdzie i przestaną się z ciebie naśmiewać.
– Ale ja nie potrafię ignorować takiego kurestwa – warczę.
Lottie przygryza wargę.
– To chociaż spróbuj. A teraz o tym zapomnij i chodź coś zjeść.
Podchodzimy do szwedzkiego stołu i nakładamy na tace trochę pieczywa, sera, mięsa i warzyw. Następnie siadamy przy stole z dala od tamtej grupki.
– Już się nie mogę doczekać treningu – oznajmia Lottie, komponując swoją kanapkę.
– Mhm – mruczę ponuro.
Powoli przeżuwam każdy kęs i podpieram głowę na dłoni.
– Jesteś dzisiaj nie w humorze. – Wzdycha.
– A ty byś była? – Unoszę brwi.
Milknie. Ja też nie odzywam się już do końca posiłku. Nie mam ochoty, albo raczej siły. Powinnam się nie przejmować, ale moje myśli cały czas powodują niemiły skurcz w żołądku. Jeszcze nigdy nie byłam tak poniżona. Nigdy.
– Hej, pozostali już się zbierają. My też lepiej chodźmy – mówi Lottie i wstaje.
Szybko odnosimy naczynia do zwrotu i wychodzimy razem z resztą adeptów. Tłum w holu robi się ogromny, gdy wszyscy idą w jednym kierunku. Niestety gubię Lottie i znajduję się między o wiele wyższymi osobami, przez które nic nie widzę. Poruszamy się ślimaczo, a gdy w końcu docieramy na zewnątrz mija chyba dziesięć minut. Ustawiamy się w szeregu, a Charles wychodzi naprzeciw nas.
– Dobra, trzeba was jakoś teraz posegregować – mówi. – Zarządcy, wystąpcie.
Zdecydowanie mało ludzi to robi. Trzydzieści, może czterdzieści.
– Idziecie z Artairem – nakazuje.
Podopieczni wchodzą za swoim instruktorem do budynku.
– Dobra, teraz strzelcy.
Nie dziwi mnie, że liczba tych adeptów przeważa. Na moje oko to jakieś sto ludzi.
– Na razie idziecie za Chaddardem. – Wskazuje na wysokiego mężczyznę z długimi włosami. – Ale potem dołączy do was Artair.
W końcu zostaje około pięćdziesiątka zwiadowców. Ze zgrozą zauważam, że są wśród nich Jared, Aria, Jesse i pozostali.
– Wy pójdziecie z Jamie’em.
Naszym oczom ukazuje się wysoki około trzydziestolatek z jasnymi włosami do ramion i pociągłą twarzą.
– Na waszą rzecz przerobiono stary arsenał na salę treningową dla zwiadowców – oznajmia niskim głosem. – Chodźcie tam za mną.
Robimy to o wiele szybciej niż wcześniej. Docieramy do sali, w której znajduje się strzelnica, ring, dużo sprzętu do ćwiczeń i innych takich.
– Żebym jakoś was rozróżnił, ustawcie się zależnie od tego, którego roku jesteście adeptami – poleca.
Odnajduję Lottie i razem z nią ustawiam się na samym początku. Oprócz nas jest tu jeszcze Donatan, inny jeszcze niższy chłopak od niego i parę obcych mi osób. W grupce z drugiego roku widzę Jareda, Arię, tego krzywo ogolonego i tamtego z włosami na jeża. Na trzecim roku widzę rudowłosą i tego z kucykiem, a na czwartym Jesse’ego.
– A więc, świadomie wybraliście najtrudniejszy kierunek – stwierdza Jamie, uderzając pięścią w otwartą dłoń. Na jego twarzy widać coś w rodzaju cienia szyderczego uśmiechu. – A parę osób się po prostu tu nie nadaje. – Obrzuca spojrzeniem pierwszoroczniaków. Czuję gęsią skórkę na ramionach. – Ale co mogę zrobić? Morderczy trening może to zmieni, ale… Przepraszam, już na początku was zniechęcam. Jak już wiecie, jako pierwsi opuścimy to miejsce od paru lat. Tam jest niebezpiecznie. Zupełnie inaczej niż w tym sielankowym kraju. Oni nie mają zasad – tłumaczy. – Nie mają niczego poza nadziejami, że kiedyś uda im się wrócić do domu. A my będziemy musieli dopilnować, żeby te nadzieje nie przerodziły się w coś więcej. Dlatego nauczycie się walczyć. Nie tylko strzelać z tych zabaweczek, ale i się bić. Będzie trudno, brutalnie, może nawet ktoś zginie. Ale to wszystko dla bezpieczeństwa Créapiti, rozumiecie?
Wszyscy kiwają głowami.
– Pamiętajcie, żeby polepszać swoją sprawność fizyczną w wolnym czasie – dodaje. – A teraz pięćdziesiąt pompek.
Dalej stoję tak otępiała, gdy starsi chłopcy rzucają się na ziemię i w błyskawicznym tempie wykonują polecenie, najwyraźniej na wyścigi.
Również to robię, ale po dwudziestu jestem lekko zmęczona, a gdy kończę, bolą mnie ręce, plecy… wszystko.
– Dzisiaj jest wyjątkowy dzień i po krótkim pokazie wszyscy od drugiego roku wzwyż mają wolne – oświadcza. – A pierwszoroczniacy będą w tym czasie uczestniczyć w zajęciach tylko w swoim gronie.
Starsi adepci przybijają sobie piątki na te słowa.
Po następnych kilkudziesięciu minutach robienia zwykłych ćwiczeń sprawnościowych, Jamie oznajmia nam, że pokazem będzie pierwsza walka na ringu, albo i parę ich, jeśli będą chętni.
– A więc kto chce pierwszy? – pyta, a gdy my nie reagujemy, dodaje z sarkazmem: – Widzę las rąk.
– No dobra, ja – mówi jeden trzecioroczniak z szerokimi ramionami i krzaczastymi brwiami.
– Świetnie, Matthew. Kto jeszcze?
Panuje tutaj grobowa cisza, dopóki ktoś bardzo cicho mówi:
– Cipa.
Odwracam się gwałtownie w stronę tych z drugiego roku.
– Patrz, już nawet reaguje – szepcze Jared ze śmiechem do tamtego z włosami postawionymi na jeża.
– Kto? – pyta Jamie, unosząc brwi.
– Kaya – poprawiają się.
– Która to?
Wskazują na mnie. Otwieram szerzej oczy, gdy ten do mnie podchodzi.
– Chcesz?
– Nie…
– To masz problem. – Bierze mnie za ramię i prowadzi na ring.
Zerkam na Matthewa, jest ode mnie wyższy, lepiej zbudowany, na pewno ma już jakieś doświadczenie… Po prostu nie mam z nim szans.
– Dasz radę – mówi mi, a ja mam wrażenie, że ponownie słyszę w jego głosie ironię. – A jeśli nie, to po prostu się poddaj. Biłaś się już kiedyś?
Kiwam głową.
– Z osobami silniejszymi od ciebie?
Kręcę głową.
– To teraz masz okazję. – I popycha mnie na środek.
Słyszę chichot pochodzący od strony starszych, więc uznaję, że nie mogę się teraz pokazać od słabej strony.
Ustawiam się naprzeciw chłopaka i na pewno szybciej niż się spodziewa, zadaję mu cios w twarz. Jednak on w ostatniej chwili zdąża złapać mnie za nadgarstek i wykręca go boleśnie.
– Au – wyję i kopię go w łydkę.
Puszcza mnie, ale zaraz potem łapie mnie za kark i popycha tak, że tracę równowagę. Kopie mnie w plecy, a ja na chwilę tracę dech. Klęka przy mnie i zadaje cios w brzuch, a następnie jeden w twarz. Nie mogę otworzyć oczu, bo w jedno dostałam pięścią. Czuję, że lecą mi z niego łzy bólu.
– Poddaję się – wypalam nagle.
Kolejny cios nie następuje.
Słyszę za to buczenie ze strony starszych.
Matthew pomaga mi wstać. Mogę już otworzyć oczy, więc robię to, ale na razie cały czas widzę mroczki. Mam pewność, że prawe jest udekorowane niezłą śliwą.
– Usiądź sobie – mówi Jamie, gdy schodzę z ringu, chwiejąc się.
Kiwam głową i to robię.
– Ktoś chce jeszcze?
Zgłasza się jeszcze kilka par i każdemu idzie zdecydowanie lepiej ode mnie. Może dlatego, że ja nie miałam równego przeciwnika albo dlatego, że walczyłam jako jedyna z pierwszorocznych.
Lottie niezainteresowana tym, co się tam dzieje podchodzi do mnie i siada obok.
– Bardzo bolało? – pyta.
– Ta – odpowiadam.
– Pytam, bo… zastanawiam się, czy się sama nie zgłosić – oznajmia nieśmiało.
Patrzę na nią kątem oka i wzdycham.
– A z kim?
Wzrusza ramionami.
– Matthew i tak nie potraktował cię aż tak brutalnie jak oni niektórzy – stwierdza.
– I dobrze.
– Za chwilę zajęcia się kończą i idziemy na obiad. Potem będziemy tylko my, w sensie pierwszoroczniacy, a tam masz pewność, że możesz być jedną z lepszych.
– Masz rację – przyznaję arogancko.
– No widzisz. – Uśmiecha się.
Po skończonych zajęciach i obiedzie, wracamy tutaj w o wiele mniejszej grupce. Jest nas dziesięć. Jamie już nas czeka, razem z Artairem.
– Wiem, że jesteście zmęczeni po takich emocjach – stwierdza Jamie ze śmiechem, a ja czuję złość, bo właściwie jestem tutaj jedyną pobitą osobą. – Tak, że zajmiemy się czymś spokojniejszym.
– Obsługa broni – oświadcza Artair. – Tego będziecie się uczyć ze mną.
Idziemy na strzelnicę. Instruktor bierze karabin z półki i staje przed tarczą. Pokazuje nam jak go trzymać, na co należy zwracać uwagę przy strzelaniu i tak dalej, i tak dalej. Następnie każdy z nas wybiera broń dla siebie i wszyscy stajemy przed tarczami. Artair podchodzi do każdego z nas i sprawdza, czy dobrze ją trzymamy. Z tego co wyjaśnił, orientuję się, że wczoraj robiłam to źle i dlatego nie udało mi się trafić w sam środek.
Instruktor mówi nam, kiedy mamy wystrzelić pocisk. Mój trafia w siódemkę. Uśmiecham się. Jest coraz lepiej. Zauważam też, że wielu osobom idzie gorzej ode mnie.
Gdy zajęcia dobiegają końca, wychodzę stamtąd z lepszym humorem. Przynajmniej znalazła się jedna rzecz, w której nie idzie mi beznadziejnie.
– Co teraz? – pytam Lottie, gdy idziemy korytarzem.
– Mamy czas wolny – oświadcza.
– Idę się umyć, też idziesz?
– W sumie mogę.
Gdy jest wieczór, a tutaj robi się ciemniej o wiele szybciej niż w moim starym mieście, kierujemy się do pokoju wspólnego, gdzie większość adeptów spędza wolny czas. W środku również panuje półmrok.
– Będą opowiadać straszne historie – wyjaśnia Lottie, siadając w niewielkim gronie pod ścianą.
Nie chcę, ale nie mam nic innego do roboty, więc robię to samo.
Na krześle pośrodku nas siedzi nieznany mi z twarzy chłopak, trzymający w dłoni latarkę.
– Jeśli ktoś chce jeszcze posłuchać, to ma ostatnią szansę tutaj dołączyć! – woła do jakichś dziewczyn, stojących przy stołach na drugim końcu sali. Patrzą na niego z politowaniem i się śmieją. – Nie to nie. – Wzrusza ramionami. – A więc… nie będę owijać w bawełnę i powiem wam od razu, że historia jest prawdziwa, a usłyszałem ją od schwytanego przeze mnie Południowca… – Te słowa wywołują śmiech i kwestie takie jak: „Na pewno”. – Hej, naprawdę!
– Wszyscy ci wierzą, Ross, mhm.
– Och, zamknijcie się, to ja tu opowiadam – irytuje się. – Tak więc, czy ktoś z was słyszał o Laceratis?
– O czym? – szepcze Lottie, unosząc brwi.
– Laceratis to hybrydy wilka i kleszcza zamieszkujące południe – oświadcza.
– Co? – Parskam śmiechem.
– Na pewno o nich słyszeliście – mówi Ross marszcząc czoło. – Są wielkości konia, zamiast sierści mają pancerz i szczękoczułki oraz zęby ostre jak tasaki…
– To niedorzeczne.
Zauważam, że do środka wchodzą Jared i Jesse.
– Co robicie?
– Ja próbuję przekonać wszystkich, że Laceratis istnieją!
Blondyn unosi brew.
– A co to w ogóle jest?
Ross wywraca oczami.
– Genetycznie wyprodukowana przez Południowców hybryda kleszcza i wilka – oznajmia jakby to było oczywiste.
Jesse krzywi się.
– Bzdury – oświadcza.
– Nie kwestionujcie tego – mówi szybko Ross. – Bo kiedyś one będą rządziły światem, a wy będziecie tylko ich nędznym pożywieniem.
Reszta parska śmiechem.
– Mów dalej.
– Tak więc Laceratis żywią się ludzkim mięsem i krwią, ale tylko taką czystą, rozumiecie? Jak nasza. Dlatego Południowcy są bezpieczni.
– Głupoty – powtarza Jesse, marszcząc brwi.
– Cicho – syczy opowiadacz. – Mają niezwykle jasne, niebieskie oczy. Można je zabić tylko trafiając w nieosłonięty punkt pod grzbietem, wiecie jak kraby. Do tego ich pazury są ostrzejsze nawet niż ich zęby…
Wiem, że większość traktuje to jak zabawę, ale gdyby opowiedział mi tą historię ktoś dorosły, byłabym skłonna mu uwierzyć.
Po wysłuchiwaniu coraz to więcej szczegółów towarzyszących śmierci zadawanej przez Laceratis, nadchodzi czas na kolacje. Jem jak zwykle w towarzystwie Lottie, bo nie mam właściwie z kim innym.
Gdy idziemy spać, stwierdzam, że ten dzień był zdecydowanie lepszy niż zapowiadał się rankiem. Być może następny będzie jeszcze lepszy, a ja dam sobie radę mimo wszystkich przeciwności losu. Bo to teraz mój dom.
_____

Od razu przepraszam za bardzo dużą liczbę wulgaryzmów w tym rozdziale. Po prostu tak łatwiej jest wyrazić się bohaterom, a nie mi. ;)
Wiele osób pyta się o jakiś wątek miłosny, a więc tak z ciekawości pytam, czy wyłowiłyście z tej notki kogoś wartego uwagi? ;)

26 komentarzy:

  1. Hej, hej!
    Od razu mówię, że rozdział czytam każdy, po prostu nie każdy komentuję. Już tak jakoś mam, że wolę nie pisać nic, jak mam napisać mało. Dobra, koniec tego tłumaczenia. W końcu winny się tłumaczy. Obiecuję poprawę. :)
    "Coś takiego przytrafiło mi się po raz pierwszy raz w życiu (...)" - mały błąd się wkradł. Albo jedno, albo drugie.
    Tak tylko na moment wracając do poprzedniego rozdziału, niezły pomysł z tymi chrzcinami, choć muszę przyznać, że starsi koledzy trochę przesadzili. Mogli obrzucić im głowy jakimś świństwem i pójść ładnie spać, ale co kto woli. Przynajmniej od razu jest przedstawione, czarno na białym, że z nimi nie ma żartów i pobyt tam to zdecydowanie nie sielanka. Trochę szkoda mi też włosów Kayi, ale co się stało, to się nie odstanie. Nie ma co być sentymentalnym.
    O, jest mój ulubiony blondyn z pociągu. Tak, ja wciąż o nim pamiętam! Poczucie humoru to on ma dość... specyficzne. Ale może mimo wszystko jest z niego kandydat do miłosnego wątku. Jestem jak najbardziej za. Do tego leci plus za imię Jared.
    Postaraj się więcej dawać opisów przy dialogach. Wiem, że sama nie jest w tym prymusem, więc nie powinnam narzekać na to u innych, ale u ciebie jest ich jeszcze mniej niż u mnie. To tak na przyszłość. :)
    "trzydziestolatek z do jasnymi włosami do ramion (...)" - wkradło się na początku dodatkowe "do".
    Trochę dużo tych imion i zaczynam się gubić, ale to może przez to, że ja zawsze mam problem z imionami. Mam nadzieję, że później już będzie z tym lepiej.
    Sam rozdział był bardzo ciekawy. Widać, że na Murze raczej nudzić się nie da, a i wakacjami też tego nazwać nie można. Jednym słowem jeszcze wiele czeka główną bohaterkę. Jestem naprawdę ciekawa, co dla niej przygotujesz w następnych rozdziałach. Łatwego życia na pewno mieć nie będzie.
    Na reszcie nowy szablon! Nie, żeby z tamtym było coś nie tak. Po prostu ten zdecydowanie bardziej pasuje do całego opowiadania.
    Na koniec życzę dużo weny i chęci do pisania.
    Pozdrawiam
    Parabola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! Bardzo dziękuję za wypisanie błędów i ogólnie za cały komentarz, bo już się martwiłam, że mnie opuściłaś. ;<
      Postaram się coś zrobić z tymi opisami, bo poprawiałam ten rozdział z 429429284992 razy i nie mogłam czego nowego dodać. ;c Obiecuję poprawę!
      Jeszcze raz dziękuję i do następnego. ;*

      Usuń
  2. Znudziło mi się pisanie rozdziału, to pomyślałam, że nadrobię rozdziały u innych. Pierwszy przystanek u ciebie!
    Tak, tak, czwórkę też czytałam, ale nie miałam wtedy czasu na komentarz. Nie pamiętam o co chodziło, chyba spieszyłam się do koleżanki. x)
    Iii wracając do IV, to strasznie zaskoczyłaś mnie tymi całymi chrzcinami. Po prostu połamałaś mi psychikę. O ile ją się da połamać. Ja bym tam się poryczała, bo nerwy mam słabe... Nie dziwię się, że Kaya ucięła swoje włosy, ja bym chyba ucięła *znaczy podcięła* sobie żyły (chociaż... nie jestem pewna, czy byłabym gotowa na taki akt desperacji xd).
    Ach, Lottie... wybacz mi za nią! Fakt, wcale nie jest pusta. Chyba za bardzo wczułam się w tamtych rozdziałach w Kayę i patrzyłam na Lottie z jej punktu widzenia. A dziewczyna jest świetnym wsparciem dla Kayi, dobrze, że je ze sobą zjednałaś!
    Hah, Jared. Szukasz kogoś do wątku miłosnego? To bierz jego. Dlaczego? Bo Leto (30STM <30). Takie moje pierwsze skojarzenie. xd A sam chłopak to umie nieźle przygadać innym. Dobrze, że w końcu w tej stołówce pojawiła się Lottie, bo ta dwójka by się tam zagryzła.
    Laceratis? Kleszcze i wilki? Co najgorsze, jestem w stanie to sobie wyobrazić. xd A propos laceratis... Pojawił tu się taki wesoły i radosny Ross. On tez może być kandydatem na "tego". Oprócz Lottie to jedyna wesoła postać tutaj, jak mniemam. Przynajmniej, jeśli liczyć te pięć rozdziałów.
    Dobrze, już cię nie zanudzam. ;)
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za komentarz. ;) A więc to prawda, Lottie nie jest pusta. xd A Kaya jest dość... silną psychicznie osobą, więc jakoś to przetrwała. XD
      Haha, mi też imię Jared zawsze już będzie się kojarzyło z Marsami XD Ale to chyba nie od imienia zależy "miłoźdż",tylko od wspólnych cech...
      A więc, cóż, jeszcze raz bardzo dziękuję za komentarz, pozdrawiam ;*

      Usuń
  3. Hej :* Dziękuję, że poinformowałaś mnie o nowym rozdziale :)

    Odnośnie Jareda - hm... osobiście nie lubiłabym go, wręcz nienawidziła, ale, ale... kto się czubi, ten się lubi ;) Być może opamięta się zawczasu i powoli będzie zmieniał się w przyjaciela Kayi? Nie wiem, co mam o nim myśleć... Z jednej strony bezczelny i chamski, a z drugiej... mam nadzieję, że to tylko popisywanie się przed znajomymi. Może zdejmie "maskę" (o ile ją ma ^^). Lottie lubię coraz bardziej - wraz z każdym rozdziałem, w którym występuje. A Kayi trochę współczuję, ale podziwiam ją - jest odważna, wytrzymała, wie, jak się odgryźć...
    Trochę za dużo tych przekleństw - to fakt. Ale rozumiem Cię ;)

    Ogółem rozdział bardzo mi się podobał. Chociaż nie spodziewałam się, że aż taka dyscyplina panuje na murze... Zaskoczenie xD

    Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie i życzę weny! W końcu wena nie sługa, podobnie jak serce ^^

    Demonica Camille

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za komentarz. A więc co do Jareda... wolę na razie nic nie wyjawiać. ;) Jest chamski to prawda, ale Kaya też święta nie jest. ;)
      Z charakteru są bardzo podobni, nie wiem czy dało się zauważyć... ale Kaya osobiście nie lubi, wręcz nienawidzi takiego chamstwa z czyjejś strony, tym właśnie się różni, że nikomu by nie zrobiła tego, co Jared jej. ;)
      A co do dyscypliny... właśnie wydaje mi się, że nie jest aż tak źle. XD

      Usuń
    2. Jak Jared zdejmie maskę, to dopiero będzie się działo. ;<

      Usuń
    3. Jaką maskę? O co cho? ;/

      Usuń
    4. Maskę z twarzy, w przenośni oznacza, że po prostu ukaże swój prawdziwy charakter, czy też prawdziwe oblicze. ;)

      Usuń
    5. Już wiesz o co cho, Kamcia? 3:)

      Usuń
    6. Ech, oczywiście, że wiem, że to przenośnia XD Ale Jared nie... dobra, nieważne. XD

      Usuń
  4. "Już się ciebie boje." - boję.
    "Po wysłuchiwaniu coraz to więcej szczegółów towarzyszących śmierci zadawanej przez Laceratis, nadchodzi czas na kolacje." - kolację. Trochę taki dziwny szyk zdania, ale nie wiem czy jest błędny ;>

    Kurczę, Kaya, co ty kobieto, cholibka, robisz?!
    No co ta Kaya, przecież podobno jest dobra, dlaczego ciągle przegrywa? Powinnna być MarySue. Poważnie. Nawet wyjątkowo nie mam nic przeciwko.
    Dobra, nie słuchaj mnie, gadam bzdury przez to, że moja ulubiona postać przegrała. Smak porażki.
    A co do par, to nic nie powiem, bo tak jak pewien wredny autor zmienisz bieg akcji. A ja na serio kibicuję tej parze.
    A, no tak. Czy Ross jest normalny?
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem na telefonie, więc nie poprawię teraz błędów. ;c Czyli rozumiem, że Kaya nie jest Mary Sue? :3 Taki był zamiar :D Mam nadzieję, że się udało.

      Usuń
    2. Btw możesz powiedzieć o parze, bo znam wszystkie stąd i mogę posłużyć za świadka, że nic się nie zmieni. 3:) (prawda Kamcia)

      Usuń
    3. Jeśli się nie mylę, to to pewnie Jesse. Ten, którego Kaya ugryzła. To by było takie kochane, gdyby został jej obrońcą! Takie aww! Rawr, aww, cukier chrzęści między zębami.

      Usuń
    4. Dzięki za informację :D

      Usuń
  5. Rozdział świetny :)
    Sama bym była wkurzona na tych ludzi. A wulgaryzmy w tej rozmowie były potrzebne do tego, żeby ten śmieszny Jared się odpimpał od Kayi. xD
    Pierwszy dzień treningów fajny tylko trochę brutalny. Bo Kaya nie chciała walczyć z tym gościem. Okrutni ci instruktorzy.
    Co do wątku miłosnego ja proponuję Jesse'go xD nie wiem czy dobrze odmieniłam :D Ale Jesse. Jared powinien zostać taki wredny, zabawny ;) Ale ten jego kumpel byłby niezłym chłopakiem dla Kayi :D Tak moim skromnym zdaniem ;3
    Więc nie mogę się doczekać nexta :D
    Pozdrawiam i życzę weny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz. :D
      Bardzo ważne jest dla mnie twoje zdanie. ;)

      Usuń
  6. Hej! Nominowałam Cię do Liebster Award. Więcej informacji: mojawersjakodlyoko.blogspot.com :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, ale ja już ich nie przyjmuję ;>

      Usuń
  7. Wybacz, że dopiero teraz komentuję, ale ostatnio cierpię na brak czasu i tak jakoś wyszło :D.
    Co do rozdziału to bardzo mi się podobał. Cieszę się, że Kaya nie uległa Jaredowi i jego bandzie i starała się walczyć o swoje. Fajnie też opisałaś trening, aczkolwiek walka wydała mi się trochę za brutalna. Świeżo upieczoną adeptkę stawiać przeciwko kogoś, kto jest bardziej doświadczony... To trochę nie fair!
    Zastanawiam się nad tą opowieścią Rossa o Laceratis. Raczej nie wspomniałaś o tym przypadkiem. Czyżby Laceratis istniały naprawdę? Mam taką nadzieję :D !
    Pozdrawiam i życzę weny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za komentarz, ja ostatnio też bardzo rzadko mam czas na czytanie, dlatego także u cb zostawiam komentarze dość rzadko, ale jak już obiecałam, na pewno skończę.

      A co do Laceratis... nie będę niczego zdradzać. ;>

      Usuń
  8. Rzeczywiście wulgaryzmów jest cała masa. Aż nie jestem do nich przyzwyczajona w tekstach w takiej ilości. Ten cały Jared jest okropnie denerwujący! Jakby nie mógł dać Kayi spokoju. Ale tak to już jest jak jakiś zadufany w sobie koleś znajdzie sobie ofiarę. Tylko dlaczego musi to być akurat Kaya? Naprawdę doświadczasz swoją bohaterkę. Daj jej moment wytchnienia! Wnerwia mnie też koleś. Naprawdę. Dobrze, że Lottie jest cały czas obok Kayi. Przynajmniej dziewczyna może liczyć na jej wsparcie. Trening - a przynajmniej jego początek - też nie był zbyt udany. To było okrutne, żeby tak wystawić bohaterkę na pierwszy ogień. Twój świat jest naprawdę brutalny. Mam nadzieję, że Kaya wkrótce poradzi sobie z tym typkiem i jego świtą. Nie wiem co by tu jeszcze dodać, więc może pójdę dalej ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Dobra, przyznaję, że historia z tym kleszczo-wilkiem bardziej mnie rozśmieszyła niż przeraziła :P Ale jeśli chodzi o ten cały trening, to mimo wszystko zazdroszczę Kayi odwagi. Ja chyba nie mogłabym zmierzyć się z kimś starszym, lepiej wyszkolonym i na dodatek facetem. Poza tym nie wiem, czemu oni się do niej tak wszyscy przyczepili.Chociaż w sumie dziewczyna jest trochę wredna i wyszczekana, a co za tym idzie, łatwo może narobić sobie wrogów. Myślałam, że oni będą sobie dawać cenne rady, pomagać tym młodszym i w ogóle, ale widzę, że tam jest jak w każdej przeciętnej szkole. Szczęście, ze ja u siebie nie mam takich problemów :P lecę dalej xD

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonała Sasame Ka dla Zaczarowane Szablony
CREDITS
Photo1 Photo2 Photo3 Photo4 Texture1 Texture2