piątek, 12 grudnia 2014

IX

„Kiedy byłem mały chciałem mieć karabin I do wrogów strzelać chciałem nim
Chciałem iść do wojska, walczyć za ojczyznę
Chciałem iść na wojnę zabijać

Niech do wojska biorą dzieci
Póki one głupie są
Gdy dorosną zrozumieją 
Że przemoc to jest zło”


             Jesse i ja wracamy na stację inną drogą niż wcześniej. Mimo, że idziemy dość szybko, wędrówka wydaje się nie mieć końca, a nogi bolą mnie niemiłosiernie od ciężkich butów. Jednak gdy mijam tablicę informacyjną, gdzie dowiaduję się, że znajdujemy się na ulicy Heraldic, zatrzymuję się gwałtownie.
– Jesse! To ta ulica, o której słyszałam. Z pomnikiem Victorii Heraldic, to po drodze, pójdziemy tam? – wykrzykuję z uśmiechem.
            – Byłem już tam – odpowiada, patrząc na mnie.
            – Muszę go zobaczyć!
            – No… zgoda, ale szybko. – Skręcamy w wąską uliczkę na prawo.
            Wychodzimy na duży plac, którego środek zdobi pomnik, o którym wspominałam. Przedstawia on kobietę w mundurze przyklękającą na jedno kolano. W rękach trzyma karabin, a twarz, która wyraża zaciekłość okalają kręcone włosy.
            Jest to Victoria Heraldic, bohaterka wojenna sprzed dekad. Umarła rozstrzelona w wieku dwudziestu lat.
            Jej ojciec, jeden z ważniejszych polityków w Créapiti okazał się zdrajcą i uciekł na Południe, zostawiając ją jako młodą dziewczynkę. Były prezydent w ramach zemsty postanowił wykorzystać Victorię i od małego wbić jej do głowy, jakie powinny być jej przekonania dotyczące Południowców. Gdy miała osiemnaście lat, została wysłana na Południe jako szpieg. Odnalazła swojego ojca i przedstawiła się jako jego córka, a następnie przez dwa lata udawała poparcie by przekazywać ważne informacje prezydentowi. Pewnego dnia dowiedziała się o planie zamachu na mur. Wiedziała, że nie może czekać na jej pośrednika by ten przekazał tą wiadomość dyktatorowi, więc wzięła broń i uciekła. Niestety człowiek o nazwisku Rotten, który nie ufał jej od samego początku, ruszył za nią w pościg. Gdy Victoria dotarła do muru, a prześladowca deptał jej po piętach, wycelowała z broni w niebo i krzycząc najgłośniej jak mogła, poinformowała Północ o ataku.
            Wielu strażników wahało się czy jej ufać, gdyż tak naprawdę wiele z nich, nigdy jej nie widziało. Natomiast jej dziadek, jeden z najlepiej wyszkolonych obrońców, rozkazał przepuścić przez granicę, ale było już za późno. Rotten dopadł Victorię i rozstrzelił ją tuż przed jedyną przepustką na Północ, po czym sam został zabity.
            Prezydent otrzymał informację od dziadka Victorii i zarządził by wojsko wsparło zbrojnie strażników podczas przewidzianego zamachu. Nie przewidział jednak ataku z powietrza. I to mógł być koniec tego państwa, lecz Créapiti miało tego dnia bowiem ogromne szczęście, gdyż transportowany tamtą drogą bardzo niebezpieczny materiał wybuchowy został uszkodzony, czego efektem jest to co dzieje się teraz na Południu.
            Zwłoki Victorii zostały przeniesione przez strażników do Proxime w procesji, przez co każdy mógł zobaczyć swoją bohaterkę. Wzniesiono także pomnik, na który teraz patrzę.
            – Tak się cieszę, że w końcu mogę ją zobaczyć – oznajmiam urzeczona, patrząc się na postać Heraldic.
Jesse prycha.
            – Pewnie uważasz ją za autorytet i chciałabyś skończyć jak ona.
Unoszę brew i rzucam mu pytające spojrzenie.
            – Była bohaterką. To coś złego?
            – Była zbrodniarką i zdrajczynią krwi – poprawia mnie, a ja wybałuszam oczy. – Jesteś w nią ślepo zapatrzona jak większość tego kraju.
            – Gdyby nie ona…
            – Nie było by go? Tak. I może to lepiej.
Zaciskam ręce w pięści.
            – Jak możesz tak mówić?
            – Gdybyśmy nie zajmowali się tylko gromadzeniem własnych bogactw jako „niezwyciężona potęga świata” – śmieje się szyderczo – byłoby o wiele lepiej dla jego pozostałej części.
            – A co mają nas obchodzić inne kraje? – wybucham. – Nam żyje się dobrze, więc jedyna rzecz, która nas powinna w związku z nimi interesować, to zagrabienie czegoś, zanim Yenidelvet wszystko zgarnie.
Patrzy na mnie jakbym była szalona.
            – Tak jest. Gdyby nie było państwa i władzy, wszyscy byśmy się pozabijali. Panowałby doszczętny chaos.
            – Za to, że tak gorliwie bronisz państwa, dostajesz coś w zamian? – pyta z wątpliwym, okrutnym uśmieszkiem.
            – To nie są tylko słowa – warczę. – Bronię państwa siłą.
            – Moje pytanie brzmiało: czy dostajesz coś w zamian?
Milknę zastanawiając się nad odpowiedzią.
            – Oferuję bezpieczeństwo.
            – Bezpieczeństwo – powtarza. – Tutaj? Gdzie prawie codziennie ludzie dopuszczają się aktów przemocy na innych? Gdzie wzrasta przestępczość, bo bezpieczni obywatele nie potrafią już uczciwie zapracować na życie? Gdzie rodacy giną w granicach państwa zabici przez… hm, pomyślmy, innych rodaków? Przecież ten kraj jest pozbawiony cudzoziemców, gdyż TY oferujesz bezpieczeństwo. Jeśli ty to nazywasz porządkiem, to ja jestem skłonny wybrać chaos.
Czerwienieję na twarzy.
            – Chciwość i przemoc to wszystko co możesz zaoferować? – pyta po chwili.
            – Twoje argumenty… – zaczynam.
            –…są irracjonalne – kończy, uśmiechając się. – Rozumiesz już, o co mi chodzi?
            – Nie masz racji – mruczę.
            – Więc kto ją ma? Twój prezydent, politycy i wojsko?
            – Skoro wojsko to dla ciebie takie więzienie, dlaczego zostałeś adeptem? – odbijam pałeczkę.
            – A słyszałaś o zasadniczej służbie wojskowej, mądralo?
            – Przecież u nas jest stosowana tylko w wypadku wojny… Znieśli ją parę lat temu.
            – Trzy lata temu – uściśla.
            – Przykro mi – prycham, a on mruży oczy.
            – Kaya, zajmij się organizacją własnego życia bez zakazów, nakazów i autorytetów. – Pochyla się w moją stronę i patrzy mi w oczy. – Nie jesteś ich własnością.
            – Nie mam pojęcia o czym mówisz.
            – Dlaczego jesteś tak krótkowzroczna?
            – Słuchaj, zaraz się spóźnię na pociąg, muszę lecieć – jęczę i cofam w tył, ale on łapie mnie gwałtownie za rękę i przyciąga z powrotem.
            – Nie chcesz już ze mną rozmawiać, bo nie jestem tak subtelny jak ci się wydawało? – pyta.
Między innymi.
            – Nie – kłamię. – Po prostu… no ten… za mówienie takich rzeczy grozi surowa kara, a skoro to ja – nagle na nowo czuję przypływ pewności siebie – jestem strażnikiem ładu i porządku… zabraniam ci.
Śmieje się i puszcza moją rękę.
            – Słuchaj, masz rację. Nie mogę spóźnić się na pociąg. Na razie, mała faszystko – żegna mnie. – Zobaczymy się na bitwie o flagę.
Następnie odchodzi, zostawiając sam na sam z Victorią Heraldic – moją bohaterką.
***
            Przez parę następnych dni unikam Jesse’ego na tyle ile się da, co ułatwia mi moja chwilowa niedyspozycja wywołana postrzelonym ramieniem. Jamie nigdy nie pozwoliłby mi brać z nim udział w bitwie o flagę, ale o niczym nie wie.
            O ustalonej godzinie spotykam się w opuszczonym mieście z drużyną, której skład został ustalony bez mojej wiedzy. Nie przeszkadza mi to tak bardzo, bo mamy spore szanse. Osobami, których chciałabym się stąd pozbyć niewątpliwie są Jared i Jesse.
Flaga należy do drugiej grupy. Prawdopodobnie zdążyli ją już ukryć.
Nasz przywódca, czyli Matthew omawia strategię z kilkoma innymi starszymi adeptami, wśród których znajdują się dwaj niepożądani przeze mnie osobnicy.
Staję obok Lottie.
– Myślisz, że wygramy? – pytam ją szeptem.
– Mamy duże szanse – stwierdza.
Podchodzi do Matthewa, Jesse’ego, Jareda, Martina i Tanka mówiących o strategii. Niechętnie idę za nią.
– Jakieś plany? – pyta dziewczyna przywódcę.
– Myślę, że moglibyśmy się podzielić na dwie grupy. Każda od różnych stron będzie starała się wykraść flagę od tamtych. Oczywiście musimy najpierw wiedzieć gdzie jest – wyjaśnia Matt.
– To beznadziejny plan – odzywam się od niechcenia.
Przywódca marszczy brwi.
– Dlaczego tak myślisz?
– Przecież nas zobaczą – mówię z poirytowaniem. – Sześciu osobom nie jest łatwo pozostać niezauważonym.
– To co proponujesz? – pyta chłodno Jared.
– Proponuję, żeby każdy działał na własną rękę – oznajmiam z wyższością.
Jesse parska śmiechem.
– Kaya, po to właśnie jest drużyna. Żeby działać razem.
– Odrzucamy twój genialny pomysł.
Na mojej twarzy ukazują się rumieńce złości.
– Wasz wcale nie jest lepszy – warczę.
– Matt, przypomnij mi dlaczego wziąłeś cipę do drużyny? – pyta Martin.
Przywódca wzrusza ramionami.
– Dobrze strzela.
Jared uśmiecha się szyderczo.
– A może podzielimy się na strzelców i złodziei? – proponuje.
– Tak, to dobry pomysł – przyznaje Jesse.
– Wcale nie – mówię cicho, ale oni mnie ignorują i sami ustalają resztę.
– To kto chce być w strzelcach? – pyta w końcu Matthew. – Na pewno Jared. Kto jeszcze? Kaya?
– Tak, chcę być w strzelcach – mówię patrząc przy tym na blondyna.
– Ja też mogę? – pyta nieśmiało Lottie.
Patrzymy na nią niepewnie.
– Możesz – mówi w końcu Jared.
– Więc co mamy robić? – pytam.
– Strzelać?
– Serio? – pytam sarkastycznie i unoszę brwi. – Dziękuję, że mi to uświadomiliście, bo żyłabym w wielkiej niewiedzy.
– Nie ma za co.
Po wybraniu reszty w końcu się rozdzielamy. Złodzieje skręcają w inną uliczkę i po chwili znikają w mroku. My idziemy prosto, najciemniejszymi drogami, wypatrując członków tamtej drużyny. Idę obok Lottie na samym końcu.
– To głupie – mówię do niej szeptem.
– Czemu? – pyta, poprawiając w rękach broń.
– Bo oni nie umieją tego dobrze zaplanować – oznajmiam, zastanawiając się, czy byliby bardzo źli gdybym teraz poszła szukać flagi sama.
– Tak myślisz? – Jared idzie przed nami, Lottie przyspiesza i równa się z nim.
– Tak, tak właśnie myślę – przyznaję i rzucam wściekłe spojrzenie w stronę przyjaciółki.
– Twój plan był beznadziejny – odzywa się  chłopak zerkając na mnie do tyłu, a potem na towarzyszkę. Uśmiecha się szyderczo.
– Po prostu boisz się, że nie poradziłbyś sobie sam – mówię.
– Po prostu nie jestem taki samolubny jak ty.
W jego rękach nawet broń na farbę wygląda groźnie.
– Uważasz, że jestem samolubna?
– Jesteś egoistką.
– Nie znasz mnie – syczę.
Prycha.
– Nie chcę cię poznawać. – Uśmiecha się niebezpiecznie.
– Świetnie.
– Hej, a jak ci idzie strzelanie? – Zwraca się do Lottie niemal uprzejmie.
Unoszę brwi.
– No... może być – odpowiada.
– Idzie jej dobrze bez twojej pomocy – mruczę niezadowolona z jego obecności.
– Przestań się rzucać – upomina mnie chłodno. – Nie rozmawiam teraz z tobą.
– Będę mówiła ile będę chciała, a ty na swoje nieszczęście masz uszy i będziesz mnie słyszeć.
Prycha i znowu zwraca się do Lottie:
– A tak poza tym, to dalej się zastanawiam, jak z nią wytrzymujesz.
Ignoruję tą uwagę i odwracam głowę do tyłu, chcąc zobaczyć, czy nikt nie próbuje w nas strzelić albo coś.
– Jakoś daję radę – odpowiada.
– Czemu mam wrażenie, że nie jesteś wobec mnie lojalna? – pytam kierując spojrzenie na gwieździste niebo.
– Jestem, ale czasami przesadzasz – zauważa.
– Z czym niby? – irytuję się.
– Z reagowaniem na wszystko.
– To co mam robić?
– Spieprzać – proponuje beztrosko Jared.
– Sam spieprzaj.
– Teraz. Spieprzaj. Już.
Staję w miejscu i zakładam ręce na piersi.
– Uwierz, że wcale nie podoba mi się twoje towarzystwo w naszym gronie, ale jestem na tyle tolerancyjna, że nie będę kazała spieprzać tobie, a uwierz, potrafiłabym cię do tego zmusić.
Parska śmiechem.
– To ty tu przyszłaś – zauważa.
– Bo ona mnie zdradziła – mówię, oskarżycielsko łypiąc spode łba na Lottie.
– Nieprawda – protestuje. – Ja po prostu szybko chodzę.
– Już ci wierzę, mhm. Masz krótkie nogi.
Dziewczyna wygląda na urażoną.
– Nie jestem taka niska.
– Oczywiście, że nie. – Unoszę ręce w geście poddania.
Prycha, a Jared próbuje ukryć uśmiech.
– Ale nadal jesteś zdrajczynią.
– Niby dlaczego?
– Bo idziesz obok potencjalnego wroga.
– Potencjalnego?
– Tak.
– Dlaczego potencjalnego?
– Bo tak mi się powiedziało. Co się czepiasz? Nie lubię go i tyle.
– Ale kto powiedział, że ja go nie lubię?
– Ja – oznajmiam. – Chyba nie chcesz, żebym była nieszczęśliwa, musząc spędzać z nim czas.
Przyjaciółka marszczy brwi.
– Zresztą jak można go lubić? – dodaję szybko.
– Może można – odpowiada chłopak z łobuzerskim uśmiechem.
– Nie można. – Kręcę przecząco głową.
– Ciebie się nie da.
Prycham.
– Niby czemu? – Unoszę brwi.
– Bo jesteś cipą.
– A ty skurwielem.
– A ja? – spytała Lottie.
– Zdrajczynią.
– Daj jej spokój.
– Ale ona się na mnie nie gniewa – mruczę. – Lubi mnie.
– Ale może zacząć się gniewać i co wtedy zrobisz?
– Pewnie ją przeproszę. Nie uwierzysz, ale umiem to zrobić.
– Po prostu daj jej spokój.
Wywracam oczami.
– A dlaczego niby cię to tak obchodzi?
– Bo to że jesteś cipą nie znaczy, że ona też nią jest.
– Po pierwsze: nie jestem żadną cipą. Po drugie: twoja wypowiedź nie ma sensu. Lottie, lubisz mnie, prawda? – zwracam się do niej, uśmiechając w miły sposób.
– Tak, ale...
– Nie – mówi w tej samej chwili Jared.
– Ale? – pytam, ignorując go.
– Ale jesteś cipą.
– Ale nie musisz robić ze mnie wroga – kończy.
– Przecież nie robię z ciebie wroga – prycham. – Ja tylko sobie żartuję, wiesz? – Uśmiecham się jeszcze raz, jeszcze milej.
– Ale jestem zdrajczynią?
– Nie jesteś – protestuje chłopak.
– Wobec mnie tak – zauważam. – Ale ci to wybaczam.
– Dlaczego się z nią przyjaźnisz? To idiotka – stwierdza blondyn.
– Sam jesteś idiotą – prostuję.
– Zamknijcie się! Mamy tu chyba grać! A nie gadać! – odzywa się Lottie wyraźnie zdenerwowana.
– Ale z nim się nie da normalnie!
– Jared, spieprzaj.
Uśmiecham się triumfująco.
Przekleństwa nie pasują do małej, słodkiej Lottie, ale dziewczyna patrzy na Jareda zmrużonymi oczami przez co wygląda mniej bezbronnie.
– Widzisz, nikt cię tu nie chce – stwierdzam wesoło.
– Tego nie powiedziałam.
– Co? – Przerzucam na nią spojrzenie.
– Tego nie powiedziałam – powtarza.
– A więc próbujesz mi przekazać, że jednak go lubisz mimo, że jest bardzo wrednym, agresywnym osobnikiem ze skłonnością do denerwowania ludzi?
– Ja...
– Tak – przerywa jej Jared.
– To gratulacje.
– Ale ja nie...
– Właśnie, że tak. Charlotte mnie lubi.
– Mnie bardziej.
Chłopak się śmieje.
– Prawda, Lottie?
– Dobra, co z tą flagą? – Wzdycha.
– Najchętniej to bym poszła po nią sama – oznajmiam.
            – Ktoś ma inne pomysły?
Jesse odwraca się do nas.
– To złodzieje mieli znaleźć flagę, my ich tylko osłaniamy.
– Okej.
– To bez sensu – mówię znowu.
– Zamknij się.
– Nie zamknę się.
– Morda!
– Sam jesteś morda, ja mam twarz!
– Zamknij. Swoją. Twarz.
– Nie. Zamknę. Swojej. Twarzy! – podnoszę głos.
– Cisza, oboje! – warczy Jesse, najwyraźniej wyprowadzony z równowagi. Chyba raczej rzadko się go takim widzi, bo inni zerkają na niego zdziwieni. – Przez was nas znajdą – dodaje ciszej.
– Co za idiotka – warczy pod nosem Jared i milknie.
Wyprzedam go i przy okazji popycham przejściem. Wali mnie łokciem i przepycha się obok. Kopię go w nogę. Wali mnie lufą w ramię z całej siły. Syczę z bólu i uderzam pięścią w jego brzuch. Łapie mnie za nadgarstek i wykręca z całej siły, ciągnąc za sobą.
– Uspokój ją – syczy do Jesse’go.
Próbuję się wyszarpać. Brunet staje w miejscu odwracając się i nachyla się nade mną.
– Co ty do cholery robisz? – pyta szeptem. –  Nie mów, że gdy dając ci radę, żebyś myślała samodzielnie, ty odkryłaś w sobie jeszcze większą chęć przemocy – śmieje się krótko, a potem znów robi poważną minę tak, że tamto rozbawienie zdaje się być jeszcze bardziej sztuczne. – Następnym razem po prostu ją pozbaw przytomności i zostaw gdzieś, żeby tamci jej nie znaleźli – mówi do Jareda, popychając mnie w jego stronę.
Chłopak uśmiecha się krzywo.
– Teraz będziesz grzeczna? – Jesse unosi brwi.
Niechętnie kiwam głową. Podchodzi do mnie Lottie.
– Oj, dziewczyno, z tobą same problemy.
Wywracam oczami.
– Po prostu on mnie wkurza. – Sama nie wiem, o którym z chłopaków pomyślałam.
– Ale nie musisz się na niego rzucać.
– Lubię się rzucać.
– Wiem.
– W szczególności na niego.
– To też wiem.
Wzruszam ramionami z uśmiechem, a ona wzdycha.
– I co ja z tobą zrobię?
– Po prostu pozwól mi kiedyś go zastrzelić, gdy będzie spał.
– A co ja mam na ten temat do powiedzenia?
– Podobno go lubisz.
– Staram się być miła – poprawia mnie.
– A ja nie jestem miła. Dlatego się rzucam.
– Możesz być zawsze neutralna, prawda?
– Nie lubię być neutralna. To tchórzostwo – oświadczam, a po chwili przypominam sobie, kto jest autorem tych słów i kręcę głową z poirytowaniem.
– Nie. To mądre.
– Skoro tak mówisz...
– Chociaż spróbuj.
– Co mam spróbować?
– Być neutralną w stosunku do Jareda.
– Naprawdę? Nie każ mi.
– Każę ci.
Wywracam oczami.
– No dobrze.
– Świetnie! – cieszy się.
Dochodzimy do wysokiego budynku, z którego czubka widać cały teren przeznaczony do naszej gry. Zaczynamy wychodzić po skrzypiących schodach na górę.
– Ale co mam dokładnie robić? – pytam jej.
– Nie rzucaj się po prostu.
– Dobrze.
Wchodzimy na górę i patrzymy na ziemię z wysoka. Wypatruję innych ludzi i przy okazji flagi. Podchodzi do nas Jared. Już mam rzucić jakąś wredną uwagę, ale postanawiam najzwyczajniej się nie odzywać.
– Gratulacje – szepcze Lottie, a ja zaczynam się zastanawiać, czy ona przypadkiem nie ma wglądu do moich myśli.
– Wiesz jakie to trudne?
– Tak, tak.
Wywracam oczami i wbijam wzrok w niebo.
– No dobra, gotowe do strzelania? – pyta nas Jared.
– Zawsze i wszędzie – mówię nie patrząc na niego.
– Świetnie.
Uśmiecham się pod nosem.
Gdy Matthew daje znak, że widać naszych wrogów, zaczynamy rzeź farbą. Tym razem całkiem dobrze celuję. Jared nie może mi już nic zarzucić. Lottie natomiast gorzej. 
Chłopak zerka na nią, wzdycha lekko i podchodzi do niej. Ustawia broń. Patrzę na nich kątem oka.
– Dlaczego tylko jej pomagasz? – pytam i natychmiast tego żałuję. Brzmi to tak, jakbym chciała, żeby mi też pomógł.
– Chcesz mojej pomocy?
Coraz bardziej wierzę w to, że na moim czole zapisane są wszystkie moje myśli.
– Nie – mówię szybko.
– I tak bym ci nie pomógł.
Neutralność, pamiętaj. Uśmiecham się do niego, próbując ukryć urazę.
– Przykro mi. Dlaczego?
– Hm. Bo jesteś taaaka samowystarczalna. – Parska śmiechem.
– Dziękuję – mówię sztywno. – To miłe, że tak uważasz. - Brzmię bardzo nienaturalnie, ale i tak rzucam wymowne spojrzenia w stronę Lottie chcąc jej uświadomić, że się staram.
– Unieś trochę wyżej ramię – mówi do niej. Robi tak. – Może nie tak bardzo. – Chwyta ją za rękę i ustawia ją pod odpowiednim kątem.
Wzdycham i celuję jeszcze w jednego przeciwnika. Moja przyjaciółka także strzela. I trafia. Jared się śmieje.
– Świetnie.
Z rezygnacją opuszczam karabin i cofam się na kilka kroków.
– Hej, spróbuj jeszcze raz – mówi do Lottie jej pomocnik.
Ustawia jej broń i pozycję, a ja wykorzystuję to, że wszyscy są zajęci strzelaniem i cicho, lecz szybko zbiegam po schodach na dół. Wybiegam na ulicę i próbując nie zwracać na siebie niczyjej uwagi idę inną drogą, niż tą, na którą mają widok osoby z mojej drużyny.
Właściwie sama nie wiem co robię. Może po prostu czuję się bardzo niechciana. Albo potrzebuję ochłonięcia. Pewnie to i to.
Poruszam się najciemniejszymi zakamarkami przez co prawie od razu gubię drogę. Po jakimś czasie wędrówki, słyszę za sobą kroki. Odwracam się do tyłu i mierzę karabinem w postać otoczoną mrokiem.
– Kiedy tylko zaproponowałaś działanie samemu, wiedziałem, że nie zrezygnujesz z tego planu – słyszę.
Tylko nie on.
            – Weź wybuchnij – mruczę i strzelam przed siebie.
Świecąca w ciemności plama zostaje na ubraniach Jesse’ego, przez co znam teraz jego lokalizację. Dzielą nas może trzy metry.
– A może trzymasz z tą drugą drużyną i idziesz im zdradzić nasze położenie – zastanawia się. – Jak Victoria Heraldic.
– Zamknij się, Rotten – warczę, a potem wybucham śmiechem i strzelam jeszcze raz.
– Według historii to ja powinienem zabić ciebie – zauważa.
– A może lepiej zabić prezydenta? – proponuję usłużnie. – Lub obalić rząd?
– Wiesz, że zadaję sobie te pytania codziennie przed lustrem?
– Domyślam się.
– To co? Nie chcesz wracać?
– Cały czas za mną szedłeś? – odpowiadam pytaniem na pytanie.
– Tak, wiedziałem, że się zgubisz.
– Wcale się nie zgubiłam.
– Chodź już, mała faszystko. – Bierze mnie za ramię i prowadzi z powrotem.
***
Ominęła nas cała zabawa, a gdy wracamy, dowiadujemy się, że nasz drużyna zwyciężyła, co wiąże się z urządzeniem imprezy na naszą cześć.
Przychodzę tam sama, bo Lottie gdzieś mi zginęła. Przepycham się przez tłum innych adeptów i w końcu ją odnajduję.
– Hej – mówię do niej.
– Hej – odpowiada z uśmiechem.
Na jej szyi widnieje czerwony ślad.
– Co to? – pytam wskazując na niego i po chwili zaczynam rozumieć. Uśmiecham się krzywo.
– Aa, rozumiem.
– Co? – pyta i zgarnia włosy na szyję.
– Nic, nic. – Śmieję się.
– Ekhm. Co?
– Tak naprawdę to mnie to nie interesuje – oznajmiam, wywracając oczami.
– Nie mam pojęcia o czym mówisz. – Poprawia jeszcze odrobinę rozczochrane włosy.
– Chyba jednak masz.
– Ej, no o co ci chodzi?
– Boże, masz coś na szyi.
– Co? – Próbuje na nią zerknąć i oblewa się rumieńcem. – A, to. To od... od kulki paintballa.
Wybucham tak głośnym śmiechem, że kilka osób spogląda na mnie jak na wariatkę.
– Wmawiaj to sobie.
Rumieni się jeszcze bardziej.
– Czyli mam rozumieć, że się pogodziliście?
– Ekhm. Tak – mówi spuszczając wzrok.
– Nie wyglądasz jakbyś się cieszyła.
– Cieszę się – przyznaje. – Tylko... Bardzo to widać? – Wskazuje na swoją szyję.
– Tak.
– Kurczę. Pomóż.
– Nigdy nie miałam takiego problemu, więc nie mam pojęcia co na to poradzić – mówię. – Ty, a może Jared ci pomoże, przecież tak lubi to robić – proponuję i wybucham śmiechem.
– Co?
– Nic. Po prostu... on bardzo lubi się mieszać do twojego życia.
– Proszę?
– Co chwilę pomaga ci dobrze wycelować, wtrąca się do naszych rozmów...
Wzrusza ramionami.
– Co z tego? – pyta odrobinę ostro, jak na nią.
Mrugam powiekami zdziwiona jej reakcją.
– Nic, ja tylko mówię jak jest...
– Aha. – Jej twarz rozjaśnia uśmiech. – To dobrze. A jak zrobię tak... – Odgarnia włosy tak, by opadały na obojczyk. – Widać mniej?
– Prawie.
Wzdycha lekko.
– Bardzo źle to wygląda?
– Nie. Czemu?
Wzrusza ramionami.
– W sumie co za różnica. – Zarzuca włosami za plecy i dołącza do reszty naszej drużyny. Idę za nią, rozglądając się po towarzystwie.
– Widzisz, jednak wygraliśmy bez twojej cudownej taktyki – rzuca na powitanie Jared.
Mrużę oczy.
– Gdybyśmy ją wykorzystali, wygralibyśmy szybciej.
– Miałaś się nie rzucać – przypomina mi przyjaciółka.
– Nie rzucam się – mówię do niej. – Jeszcze.
– Co? – pyta Jared, patrząc na nas zdziwiony.
– Gówno.
– Jak ci się strzelało? – zwraca się do mojej przyjaciółki, ignorując mnie.
– Dobrze.
Rozglądam się za kimś innym, z kim mogłabym porozmawiać, ale w końcu orientuję się, że wszystkich znam tylko z widzenia.
– A tobie? – zwraca się niechętnie także do mnie.
– Świetnie – odpowiadam znudzonym tonem.
– Ta.
– Yhm. Przenosi spojrzenie z powrotem na moją przyjaciółkę i znów na mnie.
– Aha.
Wzdycham głęboko i wbijam wzrok w swoje paznokcie. Chcę stąd iść.
– Dostałaś? – pyta nagle Jared wskazując na szyję Lottie.
Mimowolnie prycham.
– Co?
– Co: co?
Marszczy brwi.
– Och – wyrywa mu się w końcu, kiedy łapie, że Lottie wcale nie dostała.
Zakładam kosmyk włosów za ucho i niemal natychmiast z powrotem go uwalniam, a następnie przenoszę spojrzenie z jednego na drugie.
– Cóż... – Jared milknie.
– Długo jeszcze będę musiała być neutralna? – pytam współlokatorkę szeptem.
– Tak – odpowiada. Mocno się zarumieniła. – Dobra, nie gapcie się na mnie – dodaje.
Wywracam oczami.
– A na co mam się gapić?
– Nie wiem, ale to robisz.
Mrugam powiekami i spuszczam wzrok.
– Tak lepiej. Ty też przestań– zwraca się cicho do Jareda.
Zerkam na niego. Rzeczywiście cały czas patrzy na Lottie. Odwraca pospiesznie wzrok, próbując ukryć delikatny uśmiech. Po pierwsze dziwi mnie sposób, w który się uśmiecha. To nie w jego stylu.
– Lottie, nie chcesz już iść? – pytam ją z westchnięciem.
– Co? A, tak. Nie próbuję ukryć ulgi, że nie będę już musiała udawać miłej.
– Idę spać – oznajmiam.
– Okej – mówi, ale nie rusza się z miejsca.
Odchodzę na kilka kroków i orientując się, że nie idzie za mną, odwracam się do niej i rzucam pytające spojrzenie.
– Idziesz?
– Hm?
– Dobra, nieważne – mówię poirytowana.
– Co? Mówiłaś coś? – Podnosi na nią wzrok.
– Nie – rzucam ze złością. – Nic nie mówiłam.
– Dobra, już idę.
– Jeśli nie chcesz, to nie musisz.
– A co mam innego do roboty?
Wzruszam ramionami.
– Rozmawianie z nim? – Wskazuję na Jareda. – Albo... – urywam.
– Albo...?
Wymownie wskazuję podbródkiem na jej malinkę.
– Och – mówi tylko. Jaredowi drga kącik ust, jakby znowu miał się uśmiechnąć, ale tego nie robi. Zauważam to i z powrotem do nich podchodzę.
– Co cię tak śmieszy? – pytam.
– Nic. Jestem zmęczony. Idę spać.
– Ze swoim karabinem?
– Dokładnie.
– Pozdrów go ode mnie.
– Tak zrobię. I może was ze sobą umówię.
– Nie mogę się doczekać.
– On też. – Uśmiecha się chłodno.
– Cześć – rzuca w stronę Lottie i odchodzi.
– Nie lubię gostka – oznajmiam, patrząc za nim.
– Bardzo mnie zaskoczyłaś – mówi ironicznie, także podążając wzrokiem za Jaredem. Jest bardzo wysoki i kiedy przeciska się przez tłum ludzie robią mu miejsce.
– A tą wzmiankę o karabinie mam traktować jak groźbę?
– Czy ja wiem...
 –Wiesz co jest dziwne? Że ciebie on nie denerwuje.
– Może nie dał mi powodów, żeby mnie denerwował?
Wzruszam ramionami.
– Jest okropny dla wszystkich poza tobą.
– Tak uważasz?
– Pobił tego chłopaka… jak mu tam… Edgara. Postrzelił mnie! A ciebie nie obraża, nie grozi ci, nie bije cię, nie strzela w ciebie...
– Ale to nie znaczy, że jest od razu miły – zauważa.
– Dla mnie jakoś nie.
– A dla mnie niby tak?
– Tak?
– Kiedy?
– Zawsze?
– Hah.
– Naprawdę.
– Serio?
– Przez cały czas ci pomaga, rozmawia z tobą... tak swobodnie i w ogóle.
– Nie zauważyłam.
Wywracam oczami.
– Nie, w ogóle.
Wzrusza ramionami.
– A nawet jeśli, to co?
– Nic, po prostu zastanawiam się czemu to ty jesteś wyróżniona.
– Może jestem po prostu miła.
– Bycie miłym w niczym nie pomaga.
– Tak myślisz? Popatrz, ja jestem miła, to on też jest miły.
– Nie będę dla nikogo miła.
– On też nie będzie miły. Zresztą, dla mnie wcale też nie jest tak bardzo. – Zagryza wargę.
– Łatwo ci mówić. Zresztą po co gadamy o nim? To tylko psuje mi humor.
– Sama zaczęłaś.
– Bo jego jest wszędzie pełno!
– Przesadzasz.
– Wcale nie.
– Wcale tak. Jak dla mnie wcale nie jest go pełno. Hej, a może on ci się po prostu podoba? – Marszczy brwi.
Zaczynam się śmiać.
– Prędzej niebo zrobi się zielone niż spodoba mi się ktoś taki. Nienawidzę go.
– Kto się czubi, ten się lubi – mówi chłodno. – Podoba ci się, czy nie?
Przestaję się śmiać i zerkam na nią. Czemu jest teraz taka poważna?
– Oczywiście, że nie. Skąd taki pomysł?
– Bo ciągle o nim mówisz! Prycham.
– To nic nie świadczy. Możemy sobie porozmawiać o kimś innym.
– To świadczy o bardzo wielu rzeczach – stwierdza, ale jej twarz się rozluźnia. – Dobra, pogadajmy o Jessem.
– Jego też nie lubię.
– A kogo lubisz?
– Siebie.
– A mnie?
– I ciebie.
– To dobrze.
– Tak myślisz?
– A ty myślisz inaczej? Wolałabyś się ze mną nie przyjaźnić? – Smutnieje.
– Nie o to chodzi. – Kręcę głową. – Tylko... jestem chodzącym magnesem na kłopoty. Sama tak powiedziałaś.
– To prawda. A ja jestem raczej osobą... Ciągnie mnie do osób przyciągających kłopoty.
– Dlatego cię lubię.
– Dlatego ja lubię ciebie.
Uśmiecham się.
– Tymczasem jednak moja skłonność jest okropna.
– Ranisz.
– Nie chodzi o ciebie. Ej, muszę już iść.
– Na randkę? – pytam.
– Tak – przyznaje rumieniąc się delikatnie.
– Więc nie będę cię zatrzymywać.
– To cześć, to zobaczenia potem.
– No hej.
– Życzysz mi powodzenia?
– Nie – odpowiadam ze złośliwym uśmieszkiem.
– Czemu? – Robi smutną minkę. Czochram jej włosy.
– Bo nie ma dżemu.
– Ej, moja fryzura. Jesteś okropna.
– Wiem.
– Pomóż mi, muszę wyglądać w miarę ładnie.
– To nie moje klimaty.
– Prooszę.
– Ale jak?
– Napraw mi fryzurę i życz powodzenia.
Wygładzam jej włosy palcami i unoszę kciuk do góry.
– Powodzenia.
– Dziękuję. – Uśmiecha się słodko.
– Ależ proszę. – Wywracam oczami z uśmiechem i ziewam.
– Ja idę spać.
– Ja też.
– Mam nadzieję, że was nie usłyszę.
Śmieje się.
– Naprawdę jesteś okropna! Nie mówię o tym w... takim sensie. Czasami po prostu miło się koło kogoś położyć i zasnąć przytulonym.
Wzdycham.
– Nie powiem ci, że to fajne, bo nie wiem.
– To fajne – zapewnia mnie. – I takie... kochane. – Uśmiecha się.
– Wolę ciastka.
– A ja wolę chłopców.
Prycham.
           – Dobrze, dobrze, już idź. Chcę się wyspać.


___

Dobra, ten rozdział mnie rozwala. Jeśli wszyscy znielubią Kayę, to się nie dziwię, bo jest beee. No, mam nadzieję, że już nikt nie powie, że jest urocza (jakby wam taka hitlerjugend na chatę z giwerą wbiła, to by była a nawet bardzo), a Jesse słodki. ^_^
Szablon wykonała Sasame Ka dla Zaczarowane Szablony
CREDITS
Photo1 Photo2 Photo3 Photo4 Texture1 Texture2