niedziela, 1 marca 2015

X

„Komu zależy na pokoju,
Ten zawsze cofnie się przed gwałtem -
Wygra, kto się nie boi wojen
I tak rozumieć trzeba Jałtę.”

~ Jacek Kaczmarski

         Siedemnastego grudnia, czyli tydzień przed moim urodzinami wypada Narodowy Dzień Niepodległości.
W to piękne święto zawsze chciałam wziąć udział w marszu odbywającym się wieczorem w stolicy kraju. Rodzice nigdy nie chcieli mi na to pozwolić, gdyż twierdzili, że to niebezpieczne. Nie można sobie wyobrazić jak bardzo się cieszyłam, gdy dowiedziałam się, ze teraz to moja powinność i obowiązek.
Z powodu święta zajęcia się dzisiaj nie odbywają. Dzień okropnie mi się dłuży i znoszę jajo oczekując trzynastej, gdy w końcu wpakujemy się do pociągu i ruszymy do stolicy.
Czy może być coś wspanialszego niż uczczenie wspaniałości swojego narodu w tak ważnym terminie?
Od samego rana paraduję w oficjalnym mundurze, którego noszenie jest obowiązkowe w takie wydarzenia tak jak stroje galowe w zwykłej szkole. Przez ramię mam przewiązaną opaskę z flagą Créapiti, czyli czerwonym tłem z dwoma czarnym liniami krzyżującymi się prostopadle w lewym górnym rogu.
– Nakręciłaś się – zauważa Lottie rozbawiona, gdy próbuję pozbyć się kołtuna z włosów, nucąc przy tym hymn państwowy.
– Hm? – Odwracam się do niej z uśmiechem.
            – Bo zachowujesz się jakbyś miała zostać zbawiona – uznaje z prychnięciem. Wbrew pozorom w jej głosie nie usłyszałam nuty świadczącej o tym, że uważa moją postawę za głupią i niepotrzebną. Raczej wnioskuję, że się ze mną nie zgadza.
            – Pierwszy raz biorę udział w Marszu Niepodległości – oświadczam z podekscytowaniem. – Po prostu… – wzdycham – po prostu wpojono mi że taka postawa jest dzisiaj ważna – wyjaśniam i uśmiecham się. – Wybacz. Wiem, że musisz mnie słuchać od rana – śmieję się.  – Już się zmywam na obiad.
            Na jej twarzy pojawia się wyrozumiały uśmiech.
            – Słyszałaś, że przeniesiono do nas jakąś nową dziewczynę? – zagaduje mnie, gdy opuszczam nasz pokój i kieruję się do stołówki na obiad.
            – Tak? – Wzruszam ramionami. – To chyba rzadko się zdarza. – Zerkam na nią. – Nie?
            – Nie wiem, ale podobno to akt kary – mówi przełykając ślinę.
            – Czy próbujesz mi uświadomić, że mam konkurencję? – pytam rozbawiona.
            Przechodzimy przez korytarz i docieramy do klatki schodowej, a następnie docieramy na stołówkę. Nakładamy jedzenie na tacę i siadamy tam gdzie zwykle.
            Kilka osób unosi brwi na widok mojego ubioru. Dobrze, jest obowiązkowy dopiero na marszu, ale to nie znaczy, że nie mogę go nosić, prawda?
            Gdy wszystkie miejsca są już zapełnione, główny zarządca, Charles wstaje i zabiera głos:
            ­– Wiem, że zaczęliście już jeść, ale mam szybką informację. – Chrząka. – Do naszych szeregów dołączyła dzisiaj nowa adeptka, która została przeniesiona z Sektora F – oznajmia. – Calstin, wstań – woła.
            Ku mojemu zdziwieniu z krzesła podnosi się dziewczyna siedząca samotnie przy stoliku obok. Jest to średniego wzrostu blondynka o zielonych oczach. Jej wyraz twarzy świadczy o lekkiej drwinie, a jej postawa jest pewna siebie, nawet wyzywająca.
            W dodatku zauważam na jej ramieniu opaskę z flagą taką jak moja. Czy może już bardziej mi zaimponować?
            – Nie patrzcie się tak – rzuca na powitanie unosząc podbródek i łypiąc na każdego spode łba.
            – Calstin została przeniesiona do naszego sektora w ramach kary za pewne wykroczenie. Wszyscy mamy nadzieję, że to się nie powtórzy. – Charles odbija pałeczkę i również się do niej uśmiecha. – Mam nadzieję, że miło przyjmiecie koleżankę – zwraca się do nas. – To tyle, możecie już jeść.
            Dziewczyna z ciężkim westchnięciem opada z powrotem na krzesło i w niedbałej pozie przygląda się swojej porcji. Jakby obawiała się, że jest otruta i czy przypadkiem przeniesienie nie równa się w jej przypadku karą śmierci.
            Coraz bardziej zastanawiam się jaką zbrodnię popełniła.
            Jeśli oczkuję odpowiedzi, wpierw muszę zapytać.
            – Poczekaj sekundkę. Zaraz wrócę – zapewniam Lottie, nie czekając na jej reakcję.
Wstaję od mojego stołu i podchodzę do blondynki, a następnie się do niej przysiadam.
            – Calstin? – Chrząkam, gdy powoli przerzuca znudzone spojrzenie z talerza na mnie. – Jestem Kaya.
            Kiwa głową.
            Jest całkiem ładna. Ma pełne usta, wysokie kości policzkowe i pieprzyka nad górną wargą. Złociste pukle sięgają jej łopatek.
            – Wyrzucili cię, tak? – pytam podpijając wodę z jej szklanki. – Powiesz mi co przeskrobałaś?
            – Zastanawiasz się jak wylecieć? – Unosi brew. – Wystarczy, że odetniesz palce gościowi, który cię wkurwia – tłumaczy niewzruszona.
            Moje spojrzenie wędruje do oddalonego o parę stolików Jareda.
            – Chcesz wylecieć – stwierdza ironicznie blondynka, gdy z powrotem się do niej odwracam.
            – Nie – przeczę. – Tylko to zabawne, że  mówisz o tym z taką swobodą.
            – Zabawne? – powtarza.
            Patrzy na mnie z odrobiną zaciekawienia, a po chwili jej usta wykrzywia kolejny ironiczny uśmiech.
            – Słodki strój – zauważa przyglądając się mojemu mundurowi, po czym oblizuje wargi.
            – Dziękuję. – Kiwam na nią głową, wstaję i wracam do Lottie.
            – I co? – pyta między kęsami.
            – Odcięła komuś palce – wyjaśniam beztrosko, a ona powstrzymuje odruch wymiotny. Śmieję się.
            – Miałam się pytać czemu jej tutaj nie zaprosiłaś, ale chyba powinnam zmienić zdanie po wzmiance o palcach. – Posyła mi przepraszający uśmiech.
            – Jest w porządku. – Wzruszam ramionami.
            – Skoro tak uważasz. – Wstaje i podchodzi do Calstin. Zdziwiona idę za jej przykładem. – Hej, jestem Lottie – wita się. Nie jest głupia, nie udaje radosnej.
            – Same dziewczyny – odzywa się zielonooka z uznaniem. – Jestem w raju.
            Razem z przyjaciółką patrzymy po sobie zdziwione.
            – Co chcesz przez to powiedzieć? – pytam marszcząc brwi.
            – Że was lubię – mówi, a my marszczymy brwi. – Rozumiecie o co mi chodzi, prawda? – Jest rozbawiona.
            – Jesteś lesbijką? – Lottie marszczy brwi.
            Uśmiecha się.
            Przyjaciółka wzrusza ramionami.
            – W porządku.
            – Wow, jestem pod wrażeniem. – Klaszcze w dłonie. – Jak tu tolerancyjnie – stwierdza. – Będzie mi brakowało tych obrzydzonych dziewczyneczek.
            Przypomina mi się cała ta gadka Jesse’ego, że nie jest adeptem z własnej woli. To samo chyba wydarzyło się w życiu Calstin.
            – Zgaduję, że jesteś z Zasadniczej Służby Wojskowej – oznajmiam. – Nie wyglądasz na zadowoloną, że tu jesteś.
            Przerzuca spojrzenie z brunetki na mnie.
            – Na ile wyglądam ci lat? – pyta.
            Przyglądam się. Mogę dać jej góra osiemnaście.
            – Osiemnaście? – Strzelam.
            – Siedemnaście – ucina. – Służba została zniesiona trzy lata temu.
            – Więc miałaś dość i odcięłaś komuś palce, żeby cię wywalili?
            – Skąd pomysł, że tego chciałam? – Unosi brwi. – Zanim się przed wami otworzę, chyba minie jeszcze trochę czasu. – Posyła nam kolejny drwiący uśmiech i wstaje, a następnie odchodzi pozostawiając jedzenie nieruszone.
***
            Później wszyscy zbieramy się na stacji, skąd ma odjechać nasz pociąg. Czuję, że jeden wagon nie starczy na nas wszystkich. Oczywiście tylko adepci biorą udział w marszu, gdyż ktoś musi bronić muru. Dlatego nie ma szansy, bym spotkała tu swoich rodziców.
            Gdy nadjeżdża nasz pojazd, razem z Lottie zajmujemy miejsce siedzące i czekamy aż ruszy.
            Miętoszę w dłoni materiał zwiniętej flagi, która leży mi na kolanach. Podniecenie wróciło.
            Nie wyróżniam się już, gdyż wszyscy są ubrani jednakowo. Tak jak powinno być.
            Droga do stolicy schodzi nawet szybko biorąc pod uwagę dystans jaki dzieli ją od południowej części kraju.
            – Plan jest taki. Podczas marszu ustawiamy się jako dziesiąci po wcześniejszych sektorach – wyjaśnia Charles, gdy nasza grupka staje za nim na dworcu. – Nie przynieście mi wstydu i godnie reprezentujcie J.
            – Tak jest – mówimy chórem.
            Opuszczamy dworzec i kierujemy się na główny plac stolicy. Jest już tam pełno ludu. Czerwono-czarne flagi powiewają w powietrzu, słyszę krzyki i wszystko jest takie jak sobie wyobrażałam.
            Oglądałam marsz tyle razy w telewizji, że znam jego przebieg na pamięć. Najpierw ustawimy się na placu głównym, zaśpiewamy hymn państwowy i po kolei ruszymy przez ulice stolicy, niosąc symbole, rozpalając ogień.
            Potem będzie brutalniej, rozpoczną się bójki, parę osób polegnie broniąc swoich poglądów, niekoniecznie słusznych. Jeden zwali pomnik, drugi wda się w spór z władzami. Oboje polegną w Dzień Niepodległości, o którą już nigdy nie będziemy musieli walczyć.
            Nareszcie docieramy w miejsce przeznaczone na nasz sektor, czyli skrawek ulicy na placu przed ratuszem. Czekamy aż ustawią się kolejne i stajemy na baczność.
            W powietrzu drga melodia do hymnu, więc rozpoczynamy śpiew. Gdy się kończy, spoczywamy i ruszamy na przód.
            Odwracam się i widzę, że zwykli mieszkańcy stolicy trzymają ogromne płachty z zbezczeszczonymi symbolami błędnych ustrojów. Widzę także przekreślone pacyfy i powieszony znak lewicy.
            Lottie wygląda na zniesmaczoną.
            – To okropne – mówi nagle.
            – To piękne – poprawiam ją urzeczona.
            Kręci głową.
            – Przekreślają znak pokoju. – Chwyta mnie za kołnierz munduru i wskazuje parę płacht. – Dlaczego go nie chcą?
            – Bo wojna jest pięknym rozlewem krwi – słyszymy.
            Odwracamy się i widzimy Calstin idącą za nami. W rękach trzyma rzymski ogień. Będziemy mogli go odpalić dopiero po zakończeniu oficjalnej części marszu. Potem możemy robić co chcemy.
            – Co? – Brunetka patrzy na nią jak na idiotkę. – Gdyby twoja rodzina zginęła na wojnie, to też byłby piękny przelew krwi? – pyta.
            – Tak – odpiera uśmiechając się. – To słuszna sprawa.
            – Kaya? – Lottie zwraca się do mnie. – A ty co sądzisz?
            Chwilę nie odpowiadam, bo moje spojrzenie trafia na Jesse’ego, który także mnie zauważa. Z szyderczym uśmiechem wskazuje na godło naszego kraju wyświetlone na jednym z najwyższych budynków. Przedstawia złotego lwa na czarnym tle ukoronowanego czerwienią.
            Przez chwilę patrzę na drapacz chmur, a potem znów przenoszę spojrzenie na chłopaka. Przejeżdża palcem po swojej szyi.
            Zirytowana z powrotem odwracam się do Calstin i Lottie
            – Co mówiłyście? – pytam.
            – Co sądzisz o pokoju i wojnie? – powtarza moja przyjaciółka. – Przemoc to zło.
            – Brak przemocy to jeszcze większe zło – oświadczam.
            Calstin patrzy na mnie z drgającymi kącikami ust w próbie nie parsknięcia wyrachowanym śmiechem. Też uważa, że to zabawne.
            – Więc przepraszam bardzo – Lottie wygląda na zdenerwowaną naszymi słowami. Bez wątpienia będzie się kłócić – ale co daje wam przemoc? Brak nudy? – Unosi brew. – Chyba brak mądrości.
            Prycham.
            – A co daje wojna? – kontynuuje brunetka. – Trupy i ruiny.
            – Zwycięstwo – poprawiam ją. – Wolność i imperium.
            – Zwycięstwo nad kim?
            – Na przykład nad Soldkraft – odzywa się blondynka wzruszając ramionami.
            – To tacy sami ludzie jak my… – zaczyna Lottie.
            – Tak? – pyta Calstin. – Tylko oni wymordowali jakieś sto pięćdziesiąt tysięcy naszych żołnierzy siedemdziesiąt lat temu i nadal nie podziękowali za wyzwolenie w ich stolicy czterdzieści trzy lata temu.
            To na chwilę zamyka jej usta. Śmieję się.
            – Nie ma złych narodów, tylko źli ludzie – odzywa się zaraz, wysoko unosząc podbródek.
            – Więc sama przyznajesz, że ci z Soldkraft to źli ludzie? – Calstin zerka na nią rozbawiona.
            – Nie istnieje państwo bez skazy – oznajmiam.
            – Dlatego nie powinno ich być.
            Wywracam oczami.
            – To może najlepiej kurwa wprowadźmy się do lepianek i żyjmy jak ludzie pierwotni – proponuje blondynka, a ja wybucham śmiechem.
            – Jesteście głupie – kwituje dziewczyna. – Gdyby państwo na wszystkich nie naciskało, byłoby o wiele lepiej. I jeśli myślisz, że bez władzy wszyscy byśmy się pozabijali, to i tak do tego zmierzamy, więc…
            Mówi to samo co Jesse. Skąd tyle głupich poglądów pałęta się po głowach moich znajomych?
            – Więc co tu robisz? – pyta Calstin.
           Kończy się oficjalna część marszu.
           Nagle słyszę huk i widzę jak petarda uderza o ziemię. Tłum cofa się przed wybuchem, więc zostajemy przygniecione przez innych. Już prawie nie wiem co się dzieje.
Na moje szczęście nie jestem taka niska, więc ponad głowami adeptów widzę specyficzną grupkę, która się tu nagle zjawia.
Jest ich zaledwie kilkadziesiąt, ale bez wątpienia zwracają na siebie uwagę.
Mężczyźni i kobiety mają zamaskowane twarze, trzymają rzymskie ognie i plakaty z naiwnymi hasełkami.

Nie zmyjesz krwi z kart historii w Dzień Niepodległości.

Jesteśmy zajebiście wściekli.

Wolność wykiełkuje z popiołów spalonych więzień.

Przestańcie wierzyć w autorytety. Zacznijcie wierzyć w siebie nawzajem.

Dobry dzień na rewolucję.

Jaki kolor ma twoja flaga, gdy płonie?

Słyszę także coraz głośniejszy śpiew. Stopniowo więcej ludzi przyłącza swoje głosy do tej pieśni.


On natchniony i młody był, ich nie policzyłby nikt
On im dodawał pieśnią sił, śpiewał, że blisko już świt
Świec tysiące palili mu, znad głów podnosił się dym
Śpiewał, że czas, by runął mur, oni śpiewali wraz z nim

Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany, połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat!

Wkrótce na pamięć znali pieśń i sama melodia bez słów
Niosła ze sobą starą treść, dreszcze na wskroś serc i dusz
Śpiewali więc, klaskali w rytm, jak wystrzał poklask ich brzmiał
I ciążył łańcuch, zwlekał świt, on wciąż śpiewał i grał

Wyrwij murom zęby krat
Zerwij kajdany, połam bat
A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat!

Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas
I z pieśnią, że już blisko świt, szli ulicami miast
Zwalali pomniki i rwali bruk - Ten z nami! Ten przeciw nam!
Kto sam, ten nasz najgorszy wróg! A śpiewak także był sam

Patrzył na równy tłumów marsz
Milczał wsłuchany w kroków huk
A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg...

Patrzy na równy tłumów marsz
Milczy wsłuchany w kroków huk
A mury rosną, rosną, rosną
Łańcuch kołysze się u nóg... 1

Władza miasta niemal natychmiast interweniuje. Słyszę krzyki, strzały i coraz głośniejszy śpiew.
                Widok jest naprawdę potworny. Jeden zraniony, drugi zabity. Głowy rozbite o wyrwany bruk. Wszędzie dym idący w parze z ogniem.
            – Pierdolone pokojowe protesty – mruczę pod nosem.
            Zerkam na Lottie. Nie wydaje się zadowolona. W końcu patrzy na przemoc, której tak nienawidzi. Czy nie wie, że życie bez niej jest niemożliwe?
            Coraz więcej ludzi się na nas pcha. Odsuwamy się na bok. W marszu nie ma już porządku.
            – Chodźcie stąd, można oberwać. – Calstin łapie nas za ręce i wyciąga z tłumu o ile to teraz możliwe.
            W milczeniu obserwuję ciała uderzające o beton w kałużach krwi.
            – To także jest przemoc – zwracam się do przyjaciółki. – Ale niezbyt skuteczna – dodaję rozbawiona.
            – Oni giną – mówi wstrząśnięta.
            – Zasługują. – Wzruszam ramionami.
            Ludzie zaczynają w siebie rzucać cegłami, coraz więcej ludzi pada martwych lub okaleczonych. Ktoś próbuje uciec na przejezdną drogę, ale potyka się i upada, a samochód, który nie zdąża się zatrzymać, miażdży mu rękę. Kolejny wrzask.
            Tu już całkowicie nie jest bezpiecznie.
Ruszamy biegiem starannie uchylając się przed pociskami, omijając bijących się obywateli i mało co widząc przez dym unoszący się nad głowami.
Po drodze depczemy po martwych ciałach poległych, nasze ciężkie buty broczą w krwi, omijają ogień. To nie przypomina już dużego nieskutecznego protestu pokojowego, tylko małe nieskuteczne powstanie.
Obrywam cegłą w nogę. Obdziera mi skórę, co piecze jak cholera, ale się nie zatrzymuję. Zaciskam zęby i pędzę dalej.
Trafiamy na ciemną uliczkę i dzięki niej wydostajemy się na prawie pusty plac. Widzę tu tylko kilku uchodźców z pandemonium, które rozgrywa się za nami. Nikt nie zwraca na nas uwagi, wszyscy biegną jak najszybciej.
Zmachana zatrzymuję się i opieram dłonie na kolanach, pochylając się i oddychając płytko.
– Kaya? – Dziewczyny również stają w miejscu i odwracają się do mnie przez ramię.
– Trafili cię? – pyta Lottie podchodząc do mnie i obejmując ramieniem.
Zerkam na łydkę i zauważam dziurę w materiale. Dotykam palcami ranki. Piecze jeszcze mocniej. Odrywam dłoń i zerkam na nią. Krew. Cegła musiała mieć jakieś naprawdę ostry kąt.
– Nie możesz iść? – Calstin również staje obok.
– Boli – jęczę.
– Masz jakąś wodę? – pyta brunetka przyglądając się mojej łydce. – Dobra, mniejsza z wodą. Jakiś materiał?
Druga dziewczyna wyjmuje z kieszeni białą szmatkę. Lottie bierze ją od niej i mocno zawiązuje na mojej nodze. Prawie od razu przesiąka ciemnoczerwoną cieczą.
– Utykasz? – pyta.
Robię krok do przodu i z zadowoleniem zauważam, że nie. Najgorszy stopień bólu już minął.
– Co teraz robimy? – zastanawia się Castlin. – Nie możemy tam wrócić, a zostawiliśmy pełno naszych.
– Myślę, że też pouciekali. Nie mamy jak się bronić, bo nie wzięłyśmy broni. – Przełykam ślinę.
– Trzeba ich okrążyć i uciec – mówi Lottie. – Nic nie zdziałamy same.
Ma rację. Czy organizatorzy marszu naprawdę wierzyli, że coś takiego nie będzie miało dzisiaj miejsca i nie ubezpieczyła nas w karabiny?
– To co? Idziemy na dworzec, czy gdzie? – pytam zdezorientowana.
W tym momencie słyszę huk wybuchu. Bez wahania podrywam się z miejsca i razem z dziewczynami pędzę w przeciwnym kierunku do jego źródła.
Chowamy się za jakimś budynkiem zerkając na inny, zajęty płomieniami, który rozpoznaję jako urząd skarbowy. W ostatniej chwili przed następnym wybuchem ze środka wybiegają trzy postacie kryjący swe oblicza za bandanami i kapturami.
Krzyczą coś do siebie, ale nie słyszę co przez kolejny huk. Wyrzucają po drodze puste karnistry po benzynie.
– Jak się stąd wydostaniemy? – pytam zakrywając usta i nos dłonią przed dymem. – Przecież tu można zginąć na każdym kroku!
Znowu ruszamy biegiem na lewo, a ja staram się nie zwracać uwagi na ból łydki.
Wszystkie jesteśmy osmolone i brudne. Mundury mamy podarte.
– Ukryjemy się? – zastanawia się Castlin. – Nie… wszystko może spłonąć. – Przełyka ślinę.
– Nie robią żadnych ewakuacji? – pyta Lottie. – Myślę, że władze szybko powinny sobie z nimi poradzić – dodaje szyderczo. – Przecież to tylko ignorowane i niesłyszalne zamieszki – prycha.
Patrzymy na nią spod zmrużonych powiek.
– Oddzieliłyśmy się od grupy – oznajmiam. – Pewnie wszyscy naszych, którzy nie uciekli, zostali ewakuowani z powrotem do sektora. Nie szukali nas, bo nie zauważyli nieobecności trzech osób.
– Nie możemy tam wrócić – stwierdza Castlin. – Strzelają do kogo popadnie.
– A jeśli ukradłybyśmy auto? – proponuję.
Następuje milczenie.
Uważam, że to niezły pomysł, gdyż łatwiej będzie się stąd wydostać i zostać w kawałkach, a do tego w kilka godzin dotrzeć do sektora.
Dziewczyny bez wahania się zgadzają. Wiedzą co nam grozi, jeśli szybko stąd nie uciekniemy.
Ku naszemu zadowoleniu, ukazuje się, że czwarty z kolei samochód, do którego próbujemy się dostać, ma kluczyki w stacyjce.
W takich sytuacjach nie uważam, że kradzież to coś złego. W końcu próbujemy ratować życie.
Wsiadamy do środka, ja na miejscu kierowcy i jak najdokładniej omijając główny plac wyprowadzam nas ze stolicy.
W lusterku widzę światła miasta i chmurę dymu unoszącego się nad jego sercem. Nie mam już bladego pojęcia, co się dzieje. Kto żyje, kto poległ. To naprawdę przypomina małą rewolucję.
Rewolucję, czyli coś co trzeba jak najszybciej zdusić. Jeśli te głupie zamieszki wywołali ludzie o światopoglądzie podobnym do Lottie, to albo są hipokrytami albo skończonymi idiotami, myślącymi, że ich protesty zmniejszą agresję i przemoc.
A wyszło jak zawsze.

______

1 - podejrzewam, że wszyscy znają, ale jeśliby nie, to tekst autorstwa J. Kaczmarskiego. Został użyty na potrzeby opowiadania. ;)

Dobra wiem, że strasznie długo mnie nie było i nie postarałam się. XD Jeszcze się tu kręcę i zostanę, dopóki wena dopisuje (choć słabo). No to tyle.
Szablon wykonała Sasame Ka dla Zaczarowane Szablony
CREDITS
Photo1 Photo2 Photo3 Photo4 Texture1 Texture2